RSS
poniedziałek, 23 stycznia 2006

III

Jezioro Mgra - 13,5 km na wschód od wsi Głowaczewo, Kraina Tysiąca Jezior.

Niedziela, godzina 12:10.

We wsi wielkie poruszenie.  W nocy jakiś słowik zakląskał dziewczynę na śmierć.Czego to ludzie nie wymyślą dla chwili czułości.... A te słowiki, to mogłyby trochę uważać...

Godzina 12: 12

Taki słowik to nawet ciekawe urządzenie....

Może złapać jakiegoś i podesłać niechcianej narzeczonej?

 Godzina 12:17.

A w ogóle, to zaczęło się od tego, że dostałem list. Rano. A powinienem dostać wieczorem. Otwieram ten list, a tam wyraźnie stoi: „Dobry wieczór...” Ta nasza poczta nie staje na wysokości zadania.

Włożyłem list do koperty i czekam do wieczora.

 Godzina 12:21.

Teraz mam za swoje. Będzie mnie to męczyło do wieczora, a ja nie znoszę męczarni.

 Godzina 12:23.

Najpierw wyłowię ze dwie puszki żywca. Mam nadzieję, że to pomoże.

 Godzina 12:28.

Siadam na brzegu ale nie wiem, czy coś z tego łowienia wyjdzie.

A ten listonosz, to jakiś porąbany jest. Normalnie, to mu się nie chce robić, a tu nagle, z samego rana i to w niedzielę.

 Godzina 12:31.

Pierwsza puszka nie pomogła.

 Godzina 12:35.

Druga też nie. Czytam.

 Dobry wieczór Waldek!

 W pierwszych słowach mojego listu donoszę ci Waldek, co następuje, że jestem zdrowa jak rybka albo nawet jak rydzyk, a ten Wiesiek, to wcale mnie nie interesuje, a już pod takim względem to całkiem nie i nie masz się co Waldek martwić, a w ogóle to po co masz się martwić, jeżeli mnie nie znasz, jak tylko z widzenia, to co ci do głowy przyszło z tym kinem, jak to przecież tak daleko, chociaż kino, to zawsze kino, a nie jakiś telewizor.

Już trzy razy nie byłam w kinie, a na takim filmie, to już nie wiem. Może bym pamiętała, żeby to na przykład było o miłości, ale tak, to skąd znowu? Nie wiem skąd ci Waldek przyszło, że właśnie już bym poszła, bo ja nikomu nie mówię, co chcę, a już że z tobą Waldek, to w ogóle. Miałam już raz chęć, ale ta Kryśka mi odmówiła tego chłopaka, co grał na perkusji w naszej kapeli, że to niby nic pewnego taka perkusja i że jak samochód ma to tylko ta perkusja się zmieści i gdzie niby mam się pchać. Może i racja, ale dlaczego ona to się zmieściła do tego samochodu, a ja nie, no powiedz Waldek. A później to się wykręcała, że wcale nie pojechali do kina.

No to jak byś dalej chciał myśleć Waldek o tym kinie, to ja się jeszcze trochę rozmyślę i zastanowię, a póki co, to możesz myśleć, że z tobą pójdę, bo chyba żadna głupia Kryśka nie musi się dowiedzieć z kim idę i gdzie, a już na jaki film, to na pewno jej nie powiem, niech pęknie z tajemniczości mojej. No to cześć Waldek.

Twoja na przyszłość

Hanka.

 Godzina 13:12.

Teraz mi się dopiero przypomniało, że nie mam na imię Waldek.

Chyba mi ulżyło.

 Godzina 13:20.

Sięgnę sobie puszeczkę.

                         Pozdrowienia z łona natury

                                                                        C

 Ps. Dawno nie byłem w kinie

 

niedziela, 22 stycznia 2006

II

Wyspa na jeziorze Mgra - 13,5 km i pół mili morskiej od wsi Głowaczewo, Kraina Tysiąca Jezior.

Czwartek, godzina 11:25.

Dyskoteka jeszcze trwa. Organizatorzy dobrze wiedzieli co robią niszcząc jedyną łódkę policji wodnej. Skończyło się piwo i chyba już na mnie czas. Coś mi się wydaje, że w moim miejscu chłodzą się jeszcze ze dwie puszki.

Godzina 11:30.

Żadnej łódki na wyspie. Nie mam wyjścia, dzwonię po taksówkę.

Godzina 11:45.

Taki taksówkarz to ma przerąbane. Ktoś zadzwoni, a on musi jechać. Co to za życie? Jak ja bym został taksówkarzem, to chyba bym najął szofera, albo co?

Godzina 12:25.

Taksówki jak nie ma, tak nie ma. Może szuka drogi? Przecież mówiłem, że tu nie ma drogi, to po co szuka. Kogo oni tam zatrudniają?

Godzina 14:00.

Dzwoniłem znowu i nic. Ta lalunia na centrali to się tak zdziwiła, że się do nich dodzwoniłem, że aż się zaczęła jąkać. Podobno oni wcale nie mają telefonu ! No cóż, ma się swoje sposoby.

Czekam jeszcze 15 minut. Jak nie przyjedzie, to zaoszczędzę na parę piw.

Godzina 17:11.

Jestem już w swoim miejscu. Piwo rzeczywiście się chłodzi. Trzy puszki.

Taksówka oczywiście nie przyjechała. Pożyczyłem od znajomych narty wodne, no i jestem.

Godzina 17:56.

Policyjna łódka już działa i to dzięki mnie. Kombinowali, kombinowali i nie chciała zapalić. Dopiero jak im poradziłem, żeby spróbowali na "popych", to się udało. I co z tego? Na wyspie zdążyli już pozamiatać i po zawodach.

Jutro też ma być dyskoteka.

Godzina 18:10.

Przyszedł faks, że wydawca nie przyjedzie, bo mu się popsuło auto. Mógł se kupić wrotki.

W ogóle z tymi autami, to się w głowie nie mieści. Jedno luksusowsze, niż drugie. I po co to komu? Tylko znieczulica ludzi ogarnia. Widziałem nawet taką reklamę w telewizorze: idzie sobie wesoły facet z diskmenem na uchu, podskakuje w rytm słuchania i nagle jak nie fiknie na ziemię !

Dookoła pełno ludzi, patrzą na niego jak na wariata, ale żaden nie zmierzy pulsu - a może on upadł na serce? A może przepracowany i sił mu już brakło? Albo lekarza wezwać, czy co? Nic. A on leży i wcale nie może wstać. Tam leży człowiek, a oni pokazują jakieś luksusowe auto. No znieczulica.

Godzina 18: 17.

W życiu sobie diskmena nie kupię.

Godzina 18:20.

Z dwojga złego wybrałem tę puszkę, co się chłodziła bliżej brzegu. Po co ryzykować? Ryzyko jest dobre pod warunkiem, że mam pewność, że nic się nie stanie. A taką pewność mogę zdobyć dopiero jak wypiję to piwo.

Godzina 18:27.

Niedługo braknie mi fajek. Może to i dobrze. To paskudny nałóg. To miesięcznie i dwie bańki na to pójdą. Można stracić zdrowie i nie tylko. Mojemu znajomemu doktór zabronił palić, a on dalej palił. Doktór powiedział, że jak nie rzuci palenia, to mu daje najwyżej z miesiąc życia i skubany miał rację. Już za tydzień ten mój kolega wpadł pod tramwaj.

Godzina 18:33.

Wyciągam ostatnią puszkę.

Godzina 18:37.

Jak ten czas leci !

Jeszcze wczoraj świeciło słońce, a tu już jest jutro i do tego wieczór.

Godzina 18:40.

Idę do sklepu.

Pozdrowienia z łona natury.

C.

Ps.

W życiu nie pójdę do doktora.

I

Jezioro Mgra - 13,5 km na wschód od wsi Głowaczewo, Kraina Tysiąca Jezior.

 

Środa, godzina 16:19.

Pogoda śliczna. Na termometrze duży plus. Barometr wysoko, więc nawet się nie staram do niego wspiąć. Lekki południowy wiaterek delikatnie porusza źdźbła traw i listki. Na tafli wody żadnej zmarszczki - widać młoda woda. Siedzę na brzegu, twarzą na południe, a piwo chłodzi się w wodzie. Widzę srebrne puszki na dnie i rybki, które coraz liczniej wokół nich się gromadzą, zachodząc prawdopodobnie w głowę, co to takiego. Ja dobrze wiem. Ja potrafię nawet odróżnić puszkę coca-coli od puszki portera. Mało tego - jak jestem trzeźwy, to potrafię nawet odróżnić dwie puszki piwa od puszki sardynek. Nie chcę się chwalić, ale kiedyś podobno odróżniłem cztery puszki. Nigdy o tym nie mówię, bo prawdę mówiąc, nie pamiętam tego - musiałem być nieźle nawalony.

Godzina 16:26.

 Piwo się chłodzi. Podobno te puszki są nierdzewne i nie ma strachu, że coś się im stanie. A jakby nawet, to nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z dobrego nastroju. Niech zardzewieją. I co z tego? Sąsiadka narzeczonej brata mojego kolegi twierdzi, że taka puszka to i rok potrafi na dnie przeleżeć i że kiedyś taką znalazła w Stawach Stefańskiego. Zachowała ją do tej pory - mówi, że będzie jak znalazł na wesele. Podobno alkohol im starszy, tym lepszy.

 Godzina 16:31.

 Rybek wokół puszek co raz więcej i co raz większych. Może zarzucić tutaj? Tam dalej nic nie bierze, a tu chociaż jest na co popatrzeć. Jakby tak na przykład rozłożyć jakąś sieć na dnie i dopiero wtedy wpuścić na sznurku te puszki z piwem, a potem, jak już przyjdą rybki, najlepiej te większe, nagle ją wyciągnąć, To by był połów! Kiedyś byłem na wczasach w górach i był tam też jeden marynarz z trawlera dalekomorskiego. Ten gościu mówił, że w sieci na jeden raz, to i tona ryb być potrafi. Nie mówił tylko czy płotek, czy okoni. A może nawet mu się szczupak trafił. Jak odłożę trochę forsy, to też sobie trawler kupię. Taki trawler to dobrze jest mieć.

 Godzina 16:47.

 Dalej nic nie bierze, a ja nie wziąłem mydła. Chyba wyciągnę jedną puszkę, bo już mi zaschło w gardle od tego pisania. Że też mnie podkusiło - pisać pamiętnik. Ja wiem, że taki pamiętnik, ładnie wydany, to kupa forsy, ale ile się trzeba narobić - tego nie wiedziałem.

Godzina 16:52.

Wcale nie zardzewiało. Troszkę chmur widzę na horyzoncie, ale chyba pójdą bokiem. Wyciągam następną puszkę.

 Godzina 16:57.

 Do bani z tymi pamiętnikami. Ci co je pisali, to chyba ktoś im pisał, bo gdzie taki ktoś sławny traciłby czas i wypisywał ołówki na łonie natury. Sięgam nową puszkę.

 Godzina 16:59.

 Ryby pływają parami. Nic dziwnego - wieczór się zbliża. Ciekawe czy dziś też będzie dyskoteka na wyspie?

 Godzina 17:00.

 Nie piszę dalej. Po co mi kłopoty z wydawcą? Słyszałem, że taki wydawca, to potrafi oszwabić artystę i nic mu nie zrobisz. Po co mi to?

 Godzina 17:10.

 Postanowiłem: będę pisać wiersze.

Idę na piwo.

Pozdrowienia z łona natury.

C.

Ps. Godzina 17:12

Archiwum